Troje rodzeństwa Trzebiatow-skich - rodem z Gostomia

 

Eugeniusz Trzebiatowski

Troje rodzeństwa Trzebiatow-skich - rodem z Gostomia

    Ich pradziadek urodzony w 1817 roku pochodził z Gostomia, leżącego w środku trójkąta Kartuzy - Kościerzyna - Bytów.
    Rodzice: Ojciec Jan Trzebiatow-ski ur. w 1883 w Ręboszewie, zginął tragicznie 31.12. 1926 w wypadku kolejowym na trasie Kętrzyno-Sierakowice, pochowany w Kartuzach. Matka Marta Brylowska ur. w 1883 w Kartuzach, zm. w 1936 r. Zawarli związek małżeński w 1909 w Kartuzach. Dzieci: Leon, Alfons i Ludmiła.

1. Leon Trzebiatowski z Cewic

    Urodził się 31.12.1909 w Kartuzach.
    W 1924 r. po ukończeniu szkoły podstawowej rozpoczął naukę w Państwowym Seminarium Nauczycielskim w Kościerzynie. Po tragicznej śmierci ojca w noc sylwestrową 1926 r przerwał szkołę. Musiał pójść do pracy. Do 1939 r. był sekretarzem w gminie Banino, a potem w Sierakowicach. Jeszcze przed wojną wziął ślub z Łucją Malicką.
    W czasie wojny należał do Tajnej Organizacji Wojskowej "Gryf Pomorski". Aresztowany 3 maja 1943 r., po przejściu przez posterunek gestapo w Kartuzach, a potem przez więzienie w Gdańsku został wywieziony do obozu koncentracyjnego w Stutthofie. Tam pod numerem 24242 przesiedział i przepracował w nieludzkich, surowych warunkach obozowych do 25 stycznia 1945 r., to jest do rozpoczęcia ewakuacji obozu. Uformowane grupy przeważnie blokami, licho zaprowiantowane, pod silną eskortą uzbrojonych esesmanów i psów wyruszyły w drogę. Trasa marszu prowadziła przez Stegnę, Cedry Wielkie, Pruszcz Gdański, Niestępowo, Żukowo, dalej do Gęsi, Nawcza i Gniewina. Ten straszny pochód więźniów, prawie cieni ludzkich, posuwał się zaśnieżonymi drogami, wśród wielkich zasp śnieżnych, popędzany i szczuty psami przez esesmanów. W tych warunkach wielu więźniów słabło i omdlewało. Wartownicy wiedzieli, jak z tym sobie radzić. Strzelali z karabinów do leżących, najczęściej przykładając broń wprost do głowy. Nie wolno było żadnego więźnia nieprzytomnego pozostawić żywym. Cała droga ewakuacji była wysłana trupami więźniów. Po dotarciu do Niestępowa zarządzono przerwę. Nie dla odpoczynku więźniów, lecz ze względu na zmęczenie wachmanów. Więźniom nie dano posiłków. Kazano im wejść do stodół i nie ruszać się z nich.
    Spośród współwięźniów Leon najlepiej znał Bernarda Mrozka z Kartuz. Ten ostatni zwierzył się, że grupa więźniów zdecydowała się na ucieczkę. Leon postanowił też zaryzykować. Było to 30 stycznia 1945 roku. Zaczekali na całkowite ściemnienie się. Na podwórku wachmanów nie było. Po wyjściu ze stodoły poszli prosto przez wysokie zaspy śnieżne do toru kolejowego biegnącego do Kartuz. Torami doszli do Zukowa, potem skierowali się na Rutki. W końcu dotarli do Borowa. Zatrzymali się koło karczmy. Jej właścicielem był znajomy; Stefan Ptach. Poprosili gospodarza. Gospodarz ich poznał. Umieścił ich w pokoiku w budynku gospodarczym. Po chwili przyszła cała rodzina właściciela. Serdecznie przyjęła uciekinierów...
    Mrozek udał się do Kartuz. Leona odnalazła żona Łucja. Zawiozła go do Ręboszewa, potem do Sierakowic, następnie do Kartuz, później znów do Sierakowic - aż do wyzwolenia tej miejscowości przez Armię Radziecką 10 marca 1945 roku.
    Po wojnie był sekretarzem Gminnej Rady Narodowej w Cewicach. Z żoną Łucją miał sześcioro dzieci. W 1964 r żona zmarła. Obecnie Leon jest na emeryturze. Mieszka w tychże Cewicach z synem Kazimierzem., otoczony przez swoje dzieci troskliwą opieką.
    W noc sylwestrową 2002 roku ukończy 93 lata.

2. Alfons Trzebiatowski

    Urodził się w 1913 roku w Kartuzach jako drugi z kolei syn Jana i Marty Trzebiatowskich. Przed wojną uczęszczał do gimnazjów kartuskiego i kościerskiego, które ukończył maturą w 1935 roku. Pracę rozpoczął w kartuskim Starostwie. Od 1937 r. pracował w Ekspedycji Kolejowej w Gdyni. Chciał pójść w ślady ojca i zostać kolejarzem. Niestety, wada wzroku

 

(choroba Daltona) nie pozwoliła na realizację tych planów. W czasie wojny w 1941 roku ożenił się z Heleną Brazgalską, Lubawianką.
     W 1946 roku wrócił z całą rodziną (żoną i dwójką dzieci) do Kartuz. Podjął znowu pracę w Starostwie. Całym sercem zabiegał o utworzenie Muzeum Kaszubskiego. Zajął się ratowaniem wszystkiego co kaszubskie. Nawiązał współpracę z Zrzeszeniem Kaszubskim. Od 1949 r. był redaktorem "Dziennika Bałtyckiego", w którym pod pseudonimem Naczków Władk prowadził stałą rubrykę felietonu kaszubskiego.
    W 1958 r. po rozstaniu się z "Dziennikiem" przez wiele lat pracował w urzędach i przedsiębiorstwach Kartuz i Gdańska - aż do emerytury w 1978 roku. Odtąd miał dużo czasu na dalsze pisanie felietonów i zbieranie materiałów do książki. W tym okresie wydrukowano 25 takich felietonów w "Dzienniku", w "Gazecie Kartuskiej" i w "Pomeranii". Były to między innymi felietony "W goscënie u Naczków", "Serce mô głos", "Jadą, jadą ju galopem" - krytyczne, serdeczne i na wesoło. Zaprezentujmy jeden z innych jego felietonów.

"Peszny szmak miodu"

    Wiész co, kochanô - powiedzôłem do białczi - Czej ju słonuszko zacznie przëgrzewac, pojedzemë do miasta mojich szkołowëch lat - Koscérznë. Przë orędzë przëbôczëłem ji żartoblëwé powiedzenié tëch co to często do niego jeżdżą. Wëchodząc z banë na głos wrzeszczą:
- Koscérzëna! Wëskakiwac! Farkarte przesztrichnięté czerwionym blajsztiftem nie giltują!
    Tak na głos wołôł jeden z kartësczich konduktorów, chtëren jezdzëł na ny trase. Białka nie mogła sę strzimac od smiéchu, słuchając ną zabawną historëję.
    A do zymku nôleżało żdac. Ale z chwilą topnieniô sniegów, białka z oczama swięcącémi jak dwie gwiôzdë zapitała sę:
- No i co, kochany. Na zymku obiecałes ze mną pojechać do Kościerzyny. Umowa giltuje czë nié?
- Giltuje.
    Odtąd minął tidzéń jak jesmë sę autobusę wëbralë do négo stôrégo grodu. O miesce tim co ju obchodzëło szescsetlece swojigo jistnieniô białka wiedzała tëli, że w herbie mô lëpë a pod nima miedwiedza. Za to jô wiedzôł jak "Miś" to i miód muszôł bëc. Ji tak co mądrzészi Koscérzôce wpadlë na pomëszlunk uruchomic w miesce wëtwórnię miodów pitnëch. Długo nie warało jak nen trunk pod mionem "Miód Kaszëbsczi" nié leno znóny béł na Kaszëbach i we Gduńsku, ale nawetka w Nowym Jorku.
    Jak jem jész robił w "Dzénniku Bałtycczim" miôłem wiôlgą chęc jechac do ny wëtwórni. Sóm nié, nôlepi ze swojim kómplę.
- Jak te mëslisz, koleżko? Żlë nen koscérżczi trunk je taczi bëlny, może tam pojedzemë i cos o nim napiszemë.
    A że on i jô za miodem przepôdalë, wsedlismë do pocągu i chiże drëgą klasą do Koscérznë. Direktorowi wëtwórni powiedzelismë, że chcemë cos napisac w gazéce o znónym w kraju i za grańcą trunku.
- O ile o to chodzy, to proszę barzo - rzekł uceszony.
- I w mergnieniuoka nalazłë sę na stoliczku trzë dosc wësoczi czieliszczi.
- Ależ, panie direktorze. przece nie o to nôm chodzy - powiedzôłem zdrząc na ne pucharë- A żelë, to chętno skosztujemë po jednym dlô degustacji.
- Rozmieja. I proszę sę nie krępowac. Przece reklama je dwignią hańdlu.
- Żelë tak, to nôwëżi po jednym czieliszku - dodôł kómpel z przëmrużenim oka.
    I tak zaczęlësmë degustowac i prawic wedle porzekadła "In vino veritas" - W winie jest prawda. A tu, jak nigdë, ani po pierszim, ni po drëdżim i trzecim nie moglismë nic szpecjalnégo wëszmakowac. Dopiérze po piątim czieliszku jesmë czulë, że je lepszë niżlë nen "Różowi Cinzano" i mocniészé. W gębie czulismë nawet miód z kaszëbsczich pszczół.
Panie direktorze - przerwôłem gôdkę. Taczi trunk możeta nie leno ekszportowac do Nowégo Jorku ale i do całich obidwóch Amerik.
    Tédë, jak jesmë z ti miłi wëtwórni wëszlë na buten, to tego koscérżcziego miedwiedza jesmë widzelë pod lëpami stojącégo i trzimającégo w pazurach budelkę "Kaszëbscziego Miodu.

    Jeszcze w latach pracy zawodowej a później już na emeryturze Alfons spisywał historię swojego życia. Książka zatytułowana "Tak to po prôwdze bëło" ukazała się w 1999 r. w niewielkim nakładzie 200 egz. Zawiera wspomnienia od lat chłopięcych poprzez wydarzenia z okresu II wojny światowej do solidarnościowego ruchu z 1980 r. Książkę kończy relacja z uroczystości obchodzenia Złotych Godów w domu syna Lecha w Kartuzach, we wrześniu 1991 roku.
    Heleną mieli "trzech budrysów": Waldemara, Eugeniusza i Lecha.
    Żona zmarła w czerwcu 1999 r. On sam przeprowadził się do Lecha i tam nadal porządkuje zapiski z zamiarem wydania felietonów.
    Za zasługi dla miasta Kartuz otrzymał odznaczenie Towarzystwa Miłośników Kartuz.

3, Ludmiła Lisewska z domu Trzebiatowska

    Urodziła się we wrześniu 1926 r. w Kartuzach. Trzy miesiące później zginął tragicznie ojciec. Gdy miała 10 lat umarła matka. W tej sytuacji wychowaniem i rodzicielską opieką zajęło się mieszkające w Kartuzach wujostwo, Hilda i Olek Karczmarczykowie. Edukację dziewczynki przerwała wojna. Ale małą maturę otrzymała.. Szczęśliwie udało się przebrnąć przez wojnę, chociaż niebezpiecznych zdarzeń nie brakowało. Pod koniec wojny zaczęła pracować jako wolontariuszka - sanitariuszka. Jednakże największe niebezpieczeństwo groziło jej po wyzwoleniu Kartuz przez wojska radzieckie. Rosjanie zaczęli prowadzić nabór mężczyzn i kobiet do odbudowy Stalingradu. Dziewczyna, objęta strachem była na tyle opanowana, że na miejscu wymyśliła historyjkę, o narzeczeństwie z oficerem Gruzinem i planach małżeńskich po jego powrocie po wyzwoleniu całego Wybrzeża. Faktycznie, wujostwo oddali swój jeden pokój służbom wywiadowczym Armii Radzieckiej. W razie czego naganiacze mogli sprawdzić. Na takie dictum Rosjanin zdryfował. Ludmiła pozostała w Kartuzach.
    Od czerwca 1945 r. zaczęła pracować w kartuskim Starostwie jako sekretarka Starosty. Od sierpnia 1948 r. przeniosła się do "Bałtyckiej Spółdzielni Rybnej" w Gdyni, też jako sekretarka. Po likwidacji spółki z początkiem 1950 roku rozpoczęła pracę w Technikum Odzieżowym w Gdyni wpierw jako sekretarka, a potem na stanowisku zastępcy dyrektora ds. administracyjnych. Jednocześnie przeprowadziła się na stałe do Gdyni. W tym też roku poznała swego przyszłego męża Henryka Lisewskiego. Ślub wzięli w Święto Bożego Narodzenia 1951 r. Wyszła za mąż za naprawdę wspaniałego człowieka. W październiku 1953 roku urodził się syn Krzysztof. .Henryk pracując w Biurze Projektów jednocześnie studiował na Wydziale Budownictwa Wodnego Politechniki Gdańskiej. Pomimo wielu przeciwieństw losu (m.in. przebyciu choroby oka), w 1965 r. ukończył studia, zdobywając tytuł magistra inżyniera. W 1988 roku zachorował - niestety nowotwór z przerzutami. Chociaż zdaniem lekarzy, przez kilka ostatnich lat żył na kredyt. Zmarł w lipcu 1997 roku. Ich małżeństwo można było krótko tak określić: miłość i zgoda domu ozdoba. Wzór małżeństwa pod każdym względem.
    Ludmiła od września 1981 roku przeszła na wcześniejszą emeryturę, w wieku 55 lat, po 32 latach pracy. Pracowała nie tylko zawodowo ale i społecznie. Obydwie prace zostały dostrzeżone i wysoko ocenione. W 1974 roku otrzymała Złotą Odznakę Związku Nauczycielstwa Polskiego. W 1976 roku została odznaczona Srebrnym Krzyżem Zasługi. No i we wrześniu 1984 roku, staraniem dyrektora Technikum p. Wróblewskiego otrzymała przyznany przez Radę Państwa Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski.
    Z przyznaniem tego Krzyża wiąże się historyjka. Otóż listonosz, długoletni znajomy, przeczytawszy informację o nadaniu Krzyża w "Dzienniku Bałtyckim" tak skomentował ten fakt. - Pani Ludko, tak długo panią znam, ale bym nawet nie pomyślał, że pani należy do partii. (Wiadomym bowiem było, że to odznaczenie otrzymywali głównie ci, którzy należeli do "czołowej siły narodu"). Rozbawiło to panią Ludkę. Uśmiała się i zapewniła listonosza, że ani do PZPRu ani do innej partii nigdy nie należała.
    Teraz nadal mieszka sama, ale ma liczne grono przyjaciół. W miarę swoich możliwości pomaga innym.